Harry nerwowo chodził przed Wielką Salą, czekając aż egzamin z Historii Magii się skończy. Po tym jak przysnął podczas niego, a następnie obudził się z krzykiem i piekącą blizną, został wyprowadzony z sali przez zatroskanego profesora Tofty'ego.
Kiedy w końcu został sam, popędził do skrzydła szpitalnego, gdzie dowiedział się, że profesor McGonagall została przeniesiona do św. Munga. Właśnie w tej jednej chwili Harry zrozumiał, że w Hogwarcie nie ma już ani Dumbledore'a, ani Hagrida, ani nawet opiekunki Gryffindoru. Zdenerwowany całą tą sytuacją był o krok od wparowania do gabinetu Umbridge i wyrzucenia jej wszystkiego prosto w twarz. Jednak w porę przypomniał sobie o przyjaciołach, na których mógł polegać i pomknął na dół, aby poczekać na nich przed salą.
Minuty do zakończenia SUM-a wlekły się niemiłosiernie, przez co zielonooki stawał się coraz bardziej rozdrażniony. W końcu z Wielkiej Sali wyłoniły się dwie osoby, których aktualnie najbardziej potrzebował. Popędził przed siebie i w połowie drogi spotkał się z Ronem i Hermioną.
- Harry! Nic ci nie jest? - zapytała zdenerwowana gryfonka,
oglądając go ze wszystkich stron. - Bardzo nas przestraszyłeś, kiedy
krzyknąłeś, jakby coś ci się stało...
- Wszystko w porządku, ale muszę wam coś przekazać... - wyszeptał, kiedy udało mu się w pewnym stopniu uspokoić przyśpieszony oddech. - Ale nie tutaj.
Ruszył raźno przed siebie, zaglądając po kolei do różnych pomieszczeń. Gdy znalazł wolną klasę, praktycznie wepchnął do niej swoich przyjaciół. Upewnił się jeszcze, że nikt ich nie śledził, a następnie zamknął dokładnie drzwi. Odwrócił się do zdziwionej jego zachowaniem dwójki i bez ceregieli przeszedł do sedna sprawy:
- Voldemort złapał Syriusza...
- Ale skąd ty...? - Ron wytrzeszczył oczy na Chłopca, Który Przeżył.
- Widziałem w wizji... wtedy, kiedy zasnąłem na egzaminie - odpowiedział Harry i zdjął okulary, aby przetrzeć dłonią zmęczoną twarz.
- Ale jak? Gdzie to było? - Hermiona, która była cała blada, spoglądała z przerażeniem na przyjaciela. - Przecież on nigdy nie dałby się złapać.
- Nie mam pojęcia, w jaki sposób go dopadł, ale w Ministerstwie Magii jest komnata, w której znajdują się takie szklane kule, jakie mamy na wróżbiarstwie. Syriusz znajdował się gdzieś na końcu alejki... to była chyba alejka dziewięćdziesiąt siedem...
- Po co Sami-Wiecie-Kto miałby porwać twojego ojca chrzestnego?
- Sam tego nie wiem, ale chce go wykorzystać, aby coś dostać... coś, czego pragnie od dawna... jednak najważniejsze jest to, że Syriusz jest w niebezpieczeństwie! - wykrzyknął, a następnie walnął dłonią w ścianę. - Jeśli czegoś nie zrobimy, on zginie...
Przez dłuższy czas dyskutowali na temat wizji. Harry próbował przekonać ich do jak najszybszej wyprawy do Departamentu Tajemnic, zaś Ron z Hermioną starali się przemówić mu do rozumu. W pewnym momencie do klasy weszła Ginny z Luną, które szybko rozeznały się w kryzysowej sytuacji.
- Najpierw musimy sprawdzić, czy Syriusza nie ma w domu... I nie przerywaj mi, Harry! - Hermiona warknęła na niego, zanim zdążył otworzyć usta. - Jeśli go tam nie będzie - dobrze. Nie będę cię zatrzymywać, a nawet pomogę ci w dostaniu się do Ministerstwa.
- Ale przecież nie ma czasu do stracenia... - Harry starał się podtrzymywać swoją rację, jednak opierał się dużo słabiej niż jeszcze chwile temu.
- Harry, musimy brać pod uwagę, że to może być pułapka, która ma na celu ściągnięcie cię właśnie w tamto miejsce... Proszę cię, zanim coś zrobimy, upewnijmy się... upewnijmy się, że Syriusza nie ma na Grimmauld Place 12...
- Jak my niby mamy to zrobić?
- To proste... użyjemy kominka w gabinecie Umbridge - powiedziała beztrosko Hermiona, dla której łamanie regulaminu już nie było takie straszne. Co jak co, ale przy tej dwójce nie dało się tego uniknąć. - Ktoś z nas musi odciągnąć ją od jej gabinetu, a wtedy ty wkradniesz się do środka i sprawdzisz co z Syriuszem. I właśnie w tym momencie potrzebujemy pomocy Ginny i Luny, które będą trzymać wszystkich z dala od miejsca całej akcji.
- Wchodzę w to. - Ginny pokiwała głową i uśmiechnęła się złośliwie. - A czy możemy jej później zostawić małą niespodziankę?
- Ginny!
- Dobra - powiedział Harry i odsunął się od ściany. - Ale musimy to
przeprowadzić jak najszybciej, bo jeśli nie, to... wyruszam do
Departamentu Tajemnic od razu.
Hermiona gestem kazała im wszystkim się zbliżyć, a następnie wyszeptała cicho plan:
- Zrobimy to tak... Jedno z nas musi odnaleźć Umbridge i... - przerwała na chwilę, aby pomyśleć. - Tak... i odciągnąć ją w przeciwną stronę, czyli jak najdalej od jej gabinetu.
- Ja to zrobię. - Ron zgłosił się na ochotnika. - Powiem jej, że
Irytek demoluje klasę od eee... transmutacji! To chyba jest dość daleko
od jej gabinetu, aby nam się udało. A może uda mi się nawet namówić
Poltergeista, aby to naprawdę zrobił? Ale muszę go szybko spotkać...
Na sam koniec omówili wszelkie szczegóły planu, aby w końcu zacząć
wprowadzać go w życie. Harry popędził do dormitorium po pelerynę
niewidkę, a następnie zawrócił do umówionego miejsca. Trochę zmęczony
biegiem dołączył do małej grupki, która stała na końcu korytarza,
prowadzącego do gabinetu ropuchy.
- Wszyscy gotowi? - wysapał, łapiąc drżące oddechy.
- To do dzieła! - szepnęła Hermiona, kiedy każdy ze spiskowców pokiwał głową.
Ron ruszył na poszukiwanie kobiety, zaś Ginny i Luna zabrały się za wyganianie ludzi z korytarza.
- Przykro mi, ale nie możecie tędy przejść. Ktoś wpuścił gaz duszący i muszą go najpierw usunąć... - Głos rudowłosej odbijał się echem w korytarzu, który po pewnym czasie zupełnie opustoszał.
- Teraz - mruknął Harry, wyciągając z torby pelerynę niewidkę i narzucając ją na siebie oraz przyjaciółkę.
Ostrożnie ruszyli w stronę wejścia do gabinetu Umbridge, mijając po drodze stojącą Lunę, do której Hermiona wyszeptała parę słów. W końcu dotarli do celu, gdzie Wybraniec wyciągnął scyzoryk i wsunął go w szparę między futryną a drzwiami. Podważył zamek, który cicho kliknął, a następnie popchnął wrota, umożliwiając im tym samym wejście do środka.
Pomieszczenie zostało urządzone w różnokolorowe kotki, które przeskakiwały radośnie między swoimi talerzami, przeraźliwie przy tym miaucząc. Hermiona wzdrygnęła się na sam widok i przystanęła przy oknie w półcieniu z wyciągniętą różdżką gotowa na wszystko. W tym samym czasie Harry rzucił się do swojego celu, porywając garść proszku Fiuu z pojemnika i wrzucając ją do kominka. Gdy tylko buchnęły szmaragdowe płomienie, upadł kolanami na zimną posadzce i wsadził głowę w roztańczony ogień.
- Grimmauld Place dwanaście! - wykrzyknął zniecierpliwiony.
Poczuł, że jego głowa wiruje, a następnie zauważył niewyraźne rysy kuchni Blacków, które po chwili odzyskały swoją ostrość. Rozejrzał się po pomieszczeniu, a dostrzegając, iż jest ono całkowicie puste, poczuł ukłucie paniki.
- Syriuszu! - krzyknął, a jego głos odbił się echem od ścian. - Syriuszu, gdzie jesteś?
Nikt się jednak nie odezwał, lecz po kilku sekundach gdzieś po jego prawej stronie coś zaszeleściło. Minutę później w polu jego widzenia pojawił się Stworek, który od pokoleń służył rodzinie Syriusza. Jego mina wyrażała zadowolenie, mimo iż ręce miał obandażowane.
- Stworku, gdzie jest Syriusz? - Harry spojrzał na skrzata, mrużąc oczy i oczekując jego odpowiedzi.
- Pan nie mówi Stworkowi dokąd chodzi, sir - odpowiedziało stworzenie i zarechotało cicho.
- Gdzie poszedł Syriusz?! Ty wiesz, prawda? - Wybraniec nie poddawał się i zadawał mu kolejne pytania. - Powiedź mi to!
- Pan już nigdy nie wróci z Departamentu Tajemnic! - Stworek uśmiechnął się z lubością, a następnie wybuchnął śmiechem i uciekł z pomieszczenia.
Potter nie zdążył nawet pomyśleć co zrobić z potwierdzeniem jego najgorszych obaw, gdyż przeraźliwy ból przeszył mu czubek głowy. Zaczął się krztusić i wdychać popiół, a chwile później coś szarpnęło go do tyłu. Dopiero po pewnym momencie zorientował się, że patrzy prosto w twarz profesor Umbridge, która odchylała jego głowę, jakby chciała poderżnąć mu gardło. Kątem oka zobaczył spanikowaną Hermionę i już wiedział. Wiedział, iż mieli przechlapane.
***
Po pozbyciu się Umbridge Harry z Hermioną zostali sami w środku Zakazanego Lasu. Nie mieli ani różdżek, ani kompletnie nie wiedzieli jak szybko przemieścić się do zamku czy Ministerstwa Magii. Chłopak z wściekłością i widoczną paniką kopnął najbliższe drzewo, by chwile później odsunąć się poza zasięg wkurzonego nieśmiałka, który wyciągał w jego stronę swoje długie palce. Westchnął i usiadł na ziemi obok przyjaciółki.
- Nie powiem, bardzo sprytny plan... - mruknął, próbując z całych sił powstrzymać atak wściekłości. - I co my teraz mamy zrobić?
- Musimy wrócić do zamku - wyszeptała dziewczyna, spuszczając wzrok na trawę.
- Ale to za długo potrwa! A wtedy Syriusz... Syriusz... on może umrzeć! - Harry poderwał się do pozycji stojącej i zaczął nerwowo chodzić w kółko.
- Bez różdżek i tak mu nie pomożemy, Harry! - Hermiona powoli
odzyskiwała swoją pewność siebie, jednak nadal była zrozpaczona
zaistniałą sytuacją. - Mam jedno pytanie... jak ty chciałeś się tam w
ogóle dostać? - zwróciła się z pytaniem do przyjaciela.
- Też się nad tym zastanawialiśmy. - Tuż za sobą usłyszeli znajomy głos, a chwile później z zarośli wyłonił się Ron, a za nim Ginny, Luna i Neville.
Nikt z przybyłych nie wyglądał najlepiej. Ginny i Luna miały kilka zadrapań na policzku, Neville'owi ktoś podbił prawe oko, zaś Ronowi z kącika ust spływał strumyczek krwi. Ale mimo tych ran cała czwórka była uśmiechnięta i zadowolona.
- Masz jakiś pomysł, stary? - zapytał Ron, wycierając krew z ust. Po chwili sięgnął za pazuchę swojej szaty i wyciągnął różdżkę Harry'ego. - Trzymaj.
- Jak wam się udało stamtąd wydostać? - zapytał oszołomiony czarnowłosy, chwytając magiczny przedmiot.
- Nic nadzwyczajnego... - Rudowłosy machnął beztrosko ręką i podał różdżkę Hermionie. - Trochę oszałamiaczy, zaklęć rozbrajających, no i niezłe Impedimento w wykonaniu Neville'a. - Ron uśmiechnął się i poklepał chłopaka po plecach. - Ale to nie koniec! Normalnie nie uwierzycie mi, co zrobiła Ginny! Potraktowała Malfoya upiorogackiem! Nawet sobie nie wyobrażacie, jak się darł!
Wszyscy się zaśmiali, a kiedy atmosfera lekko się poprawiła, gryfon zadał ostatnie pytanie:
- A wy co zrobiliście z Umbridge?
- Mieliśmy małą pomoc ze strony centaurów. - Harry wzruszył ramionami. - Gdzieś ją poniosło, więc mamy jeden problem z głowy.
Przez dobrą chwilę rozprawiali o tym, co się właściwie stało, a następnie zapanowało milczenie.
- Jak my się dostaniemy do Ministerstwa?
- Proponuję, abyśmy polecieli - powiedziała pewnie Luna, uśmiechając się lekko.
- My? - Harry odwrócił się z nagłą złością w stronę dziewczyny. - Nie będzie żadnego my. Ty, Ginny oraz Neville nie jesteście w to zamieszani, więc lepiej będzie, jak zostaniecie tutaj.
- Nie ma mowy! No chyba nie! - Obie dziewczyny wyraziły głośno swój sprzeciw. - Przyda wam się nasza pomoc.
- To jest zbyt niebezpieczne - burknął Harry i spojrzał na Rona, który również podzielał jego zdanie.
- Słuchajcie... wszyscy jesteśmy w GD - powiedział cicho Neville, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych. - Chyba że to całe przygotowanie do walki miało być tylko dla zabawy...
- Oczywiście, że nie. - Harry spojrzał na gryfona, a następnie na resztę. - No dobrze... Możecie iść z nami, ale to jest wyłącznie wasz wybór. Jednak dalej nie wiemy, jak się tam dostać.
- Przecież mówiłam, że polecimy. - Luna nie patrzyła na nich, lecz wzrok miała skierowany w stronę czarnych koni, które trzymały się blisko nich. Jedynie ona i Harry mogli je zobaczyć. - I nie chodzi mi o miotły.
- No to... każdy bierze jednego i ruszamy w drogę...
***
Po przebyciu całej drogi na testralach w końcu wylądowali na zaniedbanej uliczce tuż przy budce telefonicznej. Ron ześlizgnął się z grzbietu stworzenia, zataczając się lekko i mamrocząc jakieś słowa pod nosem. Neville zeskoczył cały rozdygotany. Hermiona i Ginny poradziły sobie lepiej, jednak na ich twarzach zagościła ulga, kiedy tylko dotknęły stopami ziemi. Natomiast Luna i Harry nie mieli zbytnich problemów z lotem czy z samym lądowaniem.
Kiedy wszyscy się pozbierali, czarnowłosy poprowadził ich do środka budki, a następnie podał ciąg cyfr. Ron wykręcił je na tarczy z niemałym trudem, gdyż w środku panował istny ścisk.
- Witamy w Ministerstwie Magii. - Z głębi budki odezwał się kobiecy głos. - Proszę podać swoje imię, nazwisko oraz sprawę, z powodu której przybyłeś.
- Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger... - Wybraniec szybko wymienił wszystkich swoich towarzyszy, aby na końcu podać cel wizyty. - A przybyliśmy, aby kogoś uratować.
- Dziękuję, a teraz proszę o wzięcie plakietek... - Czarnowłosy dłużej nie słuchał głosu wydobywającego się z budki i pogrążył się w swoich myślach. Miał nadzieję, że zdążą tuż przed tragedią, która miała się niedługo wydarzyć. Zamyślony nawet nie zorientował się, że budka ruszyła w dół i zatrzymała się po krótkiej chwili, otwierając się na pokaźnych rozmiarów oraz dobrze oświetlone atrium.
- Harry! - Cichy szept Hermiony sprawił, że nastolatek otrząsnął się i podniósł wzrok na przyjaciółkę, która tylko podała mu plakietkę i ruchem głowy wskazała na złotą fontannę, znajdującą się na środku wielkiego pomieszczenia. - Jesteśmy na miejscu.
Cała szóstka wygramoliła się szybko z budki, a następnie biegiem
ruszyli w stronę biurka, gdzie zazwyczaj siedział ochroniarz,
sprawdzający różdżki odwiedzających. Jednak tego dnia miejsce było
wolne, co od razu zaniepokoiło Harry'ego.
- Coś tutaj za
cicho... - wyszeptał, idąc na czele grupki. Szybko przeszli przez złote
wrota prowadzące do wind, a po naciśnięciu odpowiedniego guzika winda
prawie od razu się pojawiła. Prędko ulokowali się w niej, a następnie
zaczęli z lekkim zgrzytem opadać w dół, aż na dziewiąte piętro.
Kiedy winda się zatrzymała, a kraty rozsunęły się, nie zauważyli
niczego dziwnego. Niepokoiła ich jedynie niesamowita cisza, która
panowała w całym Ministerstwie Magii. Ostrożnie ruszyli korytarzem w
stronę drzwi na jego końcu. Za ich progiem natrafili na ciemną, kolistą
salę z szeregiem drzwi bez klamek i tabliczek.
- Gdzie dalej? - mruknęła Hermiona, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Nie wiem... W śnie trafiałem na tę salę, a następnie przechodziłem
przez drzwi naprzeciwko wejścia... Musimy spróbować... - Harry ostrożnie
podszedł do pierwszych drzwi, po czym je otworzył. Trafił do sali z
olbrzymim szklanym naczyniem, w którym znajdowało się pełno
ciemnozielonej wody oraz z kilkoma biurkami. Ze zmarszczonymi brwiami
przyjrzał się mętnej substancji, dostrzegając ruch w środku.
- Co tam pływa? - Ron podszedł do przyjaciela, spoglądając z obawą na perłowobiałe kształty.
- To mi wygląda na larwy akwawirusów - powiedziała Luna, podchodząc do nich bliżej.
- Nie. - Hermiona pokręciła głową i przyjrzała się bliżej okazom. - To są mózgi - powiedziała szeptem.
- To nie tu. Musimy wrócić...
Harry, nie czekając na resztę, wyszedł z komnaty i spojrzał na
resztę wrót. Kiedy pozostali do niego dołączyli, a Luna zamknęła za
sobą drzwi, ściany zaczęły się poruszać. Coraz szybciej i szybciej
obracały się wokół nich, aż żadne z nich nie wiedziało, które już
wypróbowali. W końcu wszystko się uspokoiło, a oni ze zdziwieniem
wpatrywali się w kolistą komnatę.
- O cholera, tego się nie spodziewałem - mruknął Harry, przełykając głośno ślinę. Przybyli tutaj z konkretnego powodu, a teraz okazywało się to niełatwym zadaniem. Myśl, Harry, myśl! krzyczał na siebie w myślach, z rozpaczą patrząc na resztę. - Dobra, wypróbujmy te. - Wskazał na drzwi przed sobą, a następnie ostrożnie je popchnął.
Tym razem ukazała im się ogromna sala, słabo oświetlona i prostokątna. Cała szóstka stała na najwyższym rzędzie ławek, a pośrodku komnaty majaczył kamienny, imponujących rozmiarów łuk, który znajdował się na niskim podium. Gdzieniegdzie mogli na nim dostrzec pęknięcia i obtłuczenia, jednak to postrzępiona czarna kurtyna przyciągała wszelkie spojrzenia. Falowała lekko, mimo że w pomieszczeniu nie było żadnego powiewu. Nie myśląc wiele, Harry zeskoczył na niższy rząd ławek i ruszył w stronę łuku.
- Kto tam jest? - zapytał, schodząc na sam dół, aż na kamienne podium.
- Powinniśmy stąd iść... - Głos Hermiony lekko drżał, wyraźnie czymś wystraszony. O wiele bardziej niż w poprzedniej komnacie, gdzie w szklanym pomieszczeniu pływały mózgi. - To nie tu, Harry, chodźmy już...
Zielonooki nie zareagował, wpatrzony w ciemną kurtynę. Miał wrażenie, że ktoś za nią stoi, więc ścisnął mocniej różdżkę. Obszedł łuk dookoła, ale nikogo tam nie było oprócz drugiej strony postrzępionej zasłony.
- Harry, chodźmy już. Dobrze? - zapytała Hermiona, lekko zirytowana zachowaniem przyjaciela.
- Dobrze - mruknął, jednak nie ruszył się z miejsca, a jego wzrok utkwiony był w łuku. Jest taki piękny i magiczny... aż chciałoby się wejść za kurtynę pomyślał, a po chwili usłyszał słabo słyszalny szept. - Coś mówiliście?
- Nikt nic nie mówił, Harry! - zawołała za nim Hermiona, a następnie podbiegła do niego i złapała za rękę. - Chodź już stąd... Przyszliśmy tutaj po Syriusza!
- Po Syriusza... - powtórzył Harry i wtedy coś przeskoczyło w jego głowie. Mrugnął kilka razy, a hipnoza łuku przestała na niego działać. Przecież musieli ratować Wąchacza! - Idziemy.
Cofnął się kilka kroków do tyłu, a następnie razem okrążyli łuk, gdzie zastali wpatrzonych w niego Ginny i Neville'a. Hermiona pociągnęła za sobą młodą Weasley, a Ron chwycił za ramię swojego kolegę z rocznika i wszyscy wspięli się po kamiennych rzędach do wyjścia. Kiedy znów znaleźli się w ogromnej sali, Hermiona machnęła różdżką, tworząc ognisty znak na drzwiach.
- To powinno zadziałać - mruknęła, spoglądając na ściany, które znowu zaczęły się obracać. Wszystko działo się tak, jak poprzednio, i po kilku sekundach ustało, tak nagle, jak się zaczęło.
Harry podszedł do pierwszych lepszych drzwi i je popchnął, jednak te nie ustąpiły. Naparł na nie ramieniem, a potem całym ciałem, ale one nawet nie drgnęły. Zmarszczył brwi, nie poddając się.
- Są... zamknięte... - wysapał po chwili siłowania się z drzwiami.
- Czyli to muszą być te! - powiedział podekscytowany Ron i podszedł do Harry'ego, aby razem z nim naprzeć na uparte wrota. - Prawda?
- Odsuńcie się. - Hermiona stanęła naprzeciwko zamkniętego pomieszczenia, a kiedy chłopcy wykonali polecenie, wskazała różdżką na miejsce, gdzie zazwyczaj był zamek. - Alohomora!
Jednak ani zaklęcie gryfonki, ani scyzoryk wybrańca nie były w stanie otworzyć drzwi. Cała szóstka z rozczarowaniem wpatrywała się w ciemne drewno.
- Wypróbujmy inne... - Hermiona przerwała ciszę i spojrzała na resztę. - To nie może być tutaj, bo Harry przechodził przez tamte bez problemu. - Ponownie wypisała na drzwiach ognisty ukośny krzyż i cofnęła się wraz z resztą na środek sali.
Ściany znów zaczęły wirować jak szalone, a kiedy stanęły w miejscu, Harry popchnął kolejne drzwi. Ku jego zaskoczeniu przed oczami ukazała mu się komnata ze snu. Rozjaśniona milionami cudownych, roztańczonych i rozmigotanych światełek. Wszędzie było mnóstwo zegarów, a ich tykanie wypełniano całą salę.
- Tędy! - zawołał Harry z mocno bijącym sercem, a następnie pierwszy
ruszył wąskim przejściem. W końcu znaleźli dobrą drogę i byli bliżej
swojego celu.
- Och, patrzcie! - krzyknęła Ginny, pokazując na wnętrze klosza, w którym kłębił się połyskliwy wiatr.
Kiedy podeszli bliżej, ujrzeli w środku malutkie, podobne do klejnotu jajeczko. Gdy uniosło się w górę, popękało i wyłonił się z niego piękny koliber. Ptaszek za pomocą wiru powietrznego zniósł się pod sam szczyt klosza, lecz kiedy zaczął się obniżać, jego pióra oklapły i zwilgotniały, a kiedy opadł na sam dół, ponownie pochłonęło go jajeczko.
- Chodźmy dalej - powiedział stanowczo Harry, widząc, że Ginny ma zamiar się zatrzymać i ponownie zobaczyć powtarzający się cykl.
- Jakoś przy łuku Ci to nie przeszkadzało! - burknęła naburmuszona rudowłosa, ale ruszyła za nim ku drzwiom za kloszem.
- To tu... - wyszeptał Harry, zatrzymując się przy przejściu. Obejrzał się na pozostałych, aby upewnić się, że każdy z nich ma różdżkę w pogotowiu. Sam ścisnął swoją i popchnął ostrożnie wrota, które otworzyły się od razu.
Była to wysoka sala, wypełniona piętrzącymi się aż do sklepienia półkami, na których błyszczały małe, zakurzone szklane kule. Tu i ówdzie wnętrze komnaty oświetlały błękitne płomienie świec, choć trochę odganiając nieprzenikniony mrok.
Harry ruszył przed siebie, zaglądając w każde z mijanych przejść między rzędami mebli i szukając odpowiedniego numeru. W komnacie panowała głucha cisza i żadna postać nie naruszała niezmąconej ciemności.
- Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy? - dopytała Hermiona szeptem, a kiedy Harry skinął głową, zaczęła rozglądać się wokół siebie.
- Tu mamy pięćdziesiąty trzeci - powiedział cicho czarnowłosy, wskazując pod najbliższą wiązkę świec, gdzie srebrne litery tworzyły napis: PIĘĆDZIESIĄT TRZY.
- Musimy iść w prawo - odezwała się szatynka, która aktualnie zerkała na kolejny rząd. - Tak, tutaj jest pięćdziesiąty czwarty.
Cała grupka poczęła się skradać, co jakiś czas oglądając się za
siebie i upewniając się, że nikogo tam nie ma. Jednak koniec alejki był
spowity w ciemnościach. Pod każdą szklaną kulą znajdowała się pożółkła
etykieta, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, skupiony na jedynym celu,
dla którego znaleźli się w tej sytuacji. Mijali kolejne rzędy, coraz
bardziej zbliżając się do wymarzonego szeregu półek.
Osiemdziesiąt pięć... osiemdziesiąt sześć...
Harry nasłuchiwał każdego odgłosu i najmniejszego szmeru, który mógł potwierdzić, że Syriusz jest cały i ... żywy. Gdzieś z tyłu głowy podejrzewał, że Łapa może być równie dobrze zakneblowany lub nieprzytomny albo martwy... jednak nie chciał dopuścić tej myśli do siebie.
- Dziewięćdziesiąt siedem - powiedziała cicho Hermiona.
Zbili się w zwartą grupkę, wpatrując się w ciemną alejkę między dwoma rzędami, ale nikogo tam nie było.
- On jest na samym końcu - powiedział Harry, przełykając nerwowo gulę. - Stąd go nie zobaczymy...
I nie czekając na odpowiedź przyjaciół, ruszył pierwszy między rzędami szklanych kul, które przypominały wróżbiarskie zasoby profesor Trelawney. Z każdym krokiem przekonywał siebie, że już zaraz ujrzy bezwładną postać Syriusza na podłodze. Jednak kiedy doszli do samego końca alejki, nikogo tam nie znaleźli.
- Harry? - Za chłopakiem odezwał się niepewny głos Hermiony.
- Co? - warknął Harry, który rozpaczliwie przeszukiwał rzędy w poszukiwaniu chrzestnego.
- Ja... m-myślę, że Syriusza tu nie ma - wyjąkała dziewczyna, spoglądając na przyjaciela.
Wśród nich zapanowało milczenie, którego nikt nie śmiał przerywać. Każdy w ciszy starał się przetrawić słowa wypowiedziane przez Hermionę, a które oddawały całą rzeczywistość.
Jeśli to prawda, to... naraziłem ich wszystkich na niebezpieczeństwo, pomyślał Harry, nieodgadnionym spojrzeniem patrząc przed siebie. Czyżbym znów działał impulsywnie?
- Harry? - Ciszę przerwał Ron, który patrzył na jedną z pożółkłych etykiet z dziwną miną.
- Co? - zapytał ponuro wybraniec, dochodząc do wniosku, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo.
- Pod tą kulą znajduje się twoje nazwisko, Harry - wyszeptał Ron.
Zielonooki dołączył do niego, a następnie wyciągnął szyję, aby przeczytać treść nalepki, którą wskazał mu rudzielec.
S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan i Harry Potter
- Co to może znaczyć? - zapytał Ron, przełykając ślinę. - Nikogo innego tu nie ma... tylko ty...
- Harry, może lepiej tego nie ruszaj - rzekła ostrzegawczo Hermiona, widząc, że chłopak wyciąga ręce w stronę kulki.
- Dlaczego nie? Pod nią jest moje imię, prawda?
- Harry, nie - odezwał się z mocą Neville, ale Harry go zignorował.
Czując, że postępuje nieostrożnie, zacisnął palce na szklanej kuli. Ku jego zdziwieniu nie była zimna, lecz ciepła w dotyku, jakby od kilku godzin leżała na pełnym słońcu lub coś ją rozgrzało od środka. Pełen napięcia wzmocnił swój uścisk i zdjął kulę, przyglądając się jej uważnie z bliska.
Inni otoczyli go i z zaintrygowaniem obserwowali jak ściera kurz z powierzchni przedmiotu.
I wtedy, tuż za nimi, rozległ się cedzący słowa głos:
- Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się grzecznie i powoli, i daj mi to.
Czarne postacie w białych maskach otoczyły ich ze wszystkich stron,
zagradzając wszelkie drogi ucieczki. Zapalone różdżki wszystkich
przybyłych były wycelowane w ich serca, a spod kapturów błyskały
złowrogie oczy.
- Oddaj mi to, Potter - powtórzył Lucjusz Malfoy, wyciągając w jego stronę blade dłonie.
- Gdzie jest Syriusz? - zapytał Harry, patrząc hardo w oczy mężczyzny.
Kilku śmierciożerców roześmiało się na jego pytanie, po czym odezwał się mroczny kobiecy głos:
- Czarny Pan ma zawsze rację!
- Zawsze - potwierdził Malfoy, patrząc stalowoszarymi oczami na czarnowłosego. - A teraz oddaj mi proroctwo, Potter.
- Chcę wiedzieć, gdzie jest Syriusz!
- Chcę wiedzieć, gdzie jest Syriusz! - przedrzeźniała go kobieta, stojąca po lewej stronie śmierciożercy.
- Macie go - odparł odważnie Harry, chociaż w środku ściskało go z nerwów. - Jest tutaj. Wiem, że jest.
- Mały Potter obudził się psieraziony i okazało się, że tio, o czym śnił jest prawdlą - odezwała się kobieta dziecinnym głosem, udając szczebiotanie dziecka.
Harry nie odpuszczał, dalej wbijając swój wzrok w jasnowłosego. Chwilę później poczuł za plecami poruszającego się nerwowo Rona.
- Nic nie rób - mruknął do niego. - Jeszcze nie...
- Słyszeliście go? - Kobieta wydała z siebie ochrypły, piskliwy śmiech. - Słyszeliście go? Daje instrukcje reszcie bachorów, jakby myślał o tym, by z nami walczyć!
- Nie znasz Pottera tak jak ja, Bellatriks - odrzekł Malfoy, nie spuszczając Harry'ego z oczu. - On ma wielką słabość do bohaterstwa, a Czarny Pan poznał się na nim. A teraz oddaj mi przepowiednie, Potter.
- Wiem, że Syriusz jest tutaj - powtórzył pewnie Chłopiec, który Przeżył, podczas gdy w środku czuł wszechogarniająca panika. - Wiem, że go macie.
Śmierciożercy ponownie się roześmiali, a na twarzy Lucjusza pojawił się kpiący uśmiech.
- Już czas, byś nauczył się różnicy między jawą a snami, Potter - wycedził i poruszył nagląco ręką. - A teraz daj mi proroctwo albo zaczniemy używać różdżek.
- Tylko spróbujcie - odpowiedział mu Harry, wznosząc swoją różdżkę na wysokość piersi.
Jego przyjaciele zrobili to samo, a Harry poczuł ogromną gulę w okolicach gardła. Jeśli Syriusza tu naprawdę nie było, to przyprowadził ich na bezsensowną śmierć...
- Oddaj mi proroctwo, a nikomu nie stanie się krzywda - powiedział chłodno Malfoy.
- Taa, jasne - parsknął śmiechem Harry, starając się zachować zimną krew. - Ja dam to... proroctwo, a wy puścicie nas tak po prostu do domu? Uważaj, bo jeszcze w to uwierzę!
- Accio przepo... - wrzasnęła nagle Bellatrix, lecz Harry był szybszy.
- Protego! - krzyknął i złapał mocniej kulkę, która zaczęła mu się wyślizgiwać z rąk.
- No proszę, mały Pottuś umie się bawić! - zadrwiła z niego kobieta, wpatrując się w niego spod kaptura. - Skoro tak...
- Powiedziałem Ci: NIE! - wycedził Malfoy, rzucając Bellatriks spojrzenie. - Jeśli ją roztrzaskasz...
Harry gorączkowo myślał nad planem wydostania stąd bezpiecznie reszty. Śmierciożercy przybyli tutaj po szklaną kulę, którą kurczowo trzymał w dłoni, i chociaż nie zależało mu na niej, bo nie znał jej wartości, nie zamierzał im jej oddać. Ale jeśli im ją dam, wtedy i tak nas zabiją... Myśl Harry, myśl...
- O jakim rodzaju proroctwa mówimy? - zapytał po krótkiej bitwie z samym sobą.
- Nie bądź śmieszny, Potter - powiedziała Bellatriks, patrząc na niego ciemnymi oczami. - To jakiś żart.
- Nie, nie żartuję - powiedział, przesuwając się w bok, aby znaleźć się bliżej przyjaciół. - Na co to Voldemortowi?
- Jak śmiesz wymawiać jego imię swoimi niegodziwymi ustami! - wrzasnęła Lestrange, wskazując na niego końcem swojej różdżki. - Jak śmiesz kalać je swoim szlamowatym językiem...!
- A wiesz, że on też jest mieszańcem? - Harry uśmiechnął się, widząc minę rozwścieczonej kobiety.
- DRĘTWO...
- NIE!
Z różdżki Bellatriks wystrzelił czerwony promień, ale Lucjusz był
szybszy i jego zaklęcie zmieniło tor lotu drętwoty, która uderzyła w
półkę z kulami. Kilka z nich rozbiło się na podłodze, a z ich szczątków
wyłoniły się mgliste postacie, które zaczęły przemawiać. To wszystko
podsunęło Harry'emu pewien pomysł, jednak nie wiedział, jak go przekazać
reszcie.
- Nie powiedzieliście mi, co takiego specjalnego jest w tym
proroctwie, które rzekomo mam wam oddać - powiedział Wybraniec, aby
zyskać na czasie. Swoją nogą zaczął szukać stopy któregoś ze swoich
przyjaciół.
- Co? - wyszeptała mu do ucha Hermiona, której nadepnął na palce.
- Dumbledore nigdy nie powiedział ci, że powód, dla którego nosisz tę bliznę, ukryty został w kuli... - zaczął z niedowierzaniem Malfoy.
- Wal w półki... - mruknął półgębkiem Harry do przyjaciółki.
- ... w Departamencie Tajemnic? - dokończył śmierciożerca.
- Co o mojej bliźnie? - zdziwił się zielonooki, prawie zapominając przekazać do końca plan dziewczynie.
- Czy to możliwe? - odrzekł Lucjusz w złośliwym zachwycie.
- ... kiedy powiem teraz - wyszeptał kącikiem ust do Hermiony.
- Skoro tak mu zależy na tej przepowiedni, to czemu sam po nią nie przyszedł? - zapytał Harry, obserwując kątem oka szatynkę.
- Sam?! - parsknęła śmiechem Bellatriks. - Czarny Pan nie może się od tak pojawić w Ministerstwie Magii, gdzie, tak niefrasobliwie, nikt nie chce uwierzyć w jego powrót.
- Dlatego wykorzystuje was do czarnej roboty? - mruknął Harry i wtedy coś sobie przypomniał. - Tak jak próbował wykorzystać Sturgisa i... Bode'a?
- Bardzo dobrze, Potter... - wycedził Malfoy. - Czarny Pa...
- TERAZ! - wrzasnął Harry, nie czekając na resztę wypowiedzi ojca swojego szkolnego wroga.
Pięć głosów za nim ryknęło: REDUCTO! Pięć zaklęć poleciało w
różne strony, roztrzaskując stojące naprzeciw półki. Potężne regały
zadygotały groźnie, gdy eksplodowało ze sto stojących na nich szklanych
kul. Wokół nich zaroiło się od mglistych postaci, które zaczęły
wygłaszać dawno wypowiedziane słowa przepowiedni, a ich głosy mieszały
się ze sobą.
- UCIEKAJCIE! - krzyknął ponownie Harry, a gdy z półek zaczęły
spadać kule, chwycił Hermionę za rękaw i pociągnął za sobą, osłaniając
głowę przed szklanymi pociskami.
- Drętwota! - krzyknęła gryfonka w momencie, gdy czyjaś dłoń złapała go za ramię. Zaklęcie podziałało i uścisk znikł, a oni rozpaczliwie rzucili się przed siebie.
Biegli na oślep, co jakiś czas rzucając za siebie zaklęcia, aby pozbyć się w razie czego niechcianej pogoni. Harry słyszał tupot nóg Neville'a i ponaglający głos Hermiony, lecz nie miał pojęcia, gdzie podziała się reszta grupki. Drzwi, którymi tutaj weszli, stały otworem, a do komnaty wpadał blask kryształowego klosza. Ciężko dysząc, wpadli do środka i zatrzasnęli za sobą wrota.
- Colloportus! - wykrzyczała Hermiona, wskazując różdżką na zamek, w którym coś szczęknęło, gdy zamykał się na cztery spusty.
- Gdzie... - zaczął Harry, biorąc z wysiłkiem oddech - gdzie jest reszta?
Na chwilę zapadło milczenie, bo każdy z nich miał nadzieję, że Luna,
Ginny i Ron pobiegli przed nimi i teraz bezpiecznie na nich czekają.
- Musieli... pomylić drogę - wyszeptał Neville, wpatrując się oszołomiony w drzwi. - Posłuchajcie...
Harry przysunął się do wrót i przyłożył do nich swoje ucho. Słyszał dudnienie kilkunastu stóp i rozpoznał głos Malfoya.
- Zostawcie go! Czarny Pan nie będzie się przejmować nim, a tym, że utracił przepowiednię...
Gryfon dłużej nie czekał i odskoczył do drzwi, podbiegając do reszty. Ścisnął mocniej różdżkę, a następnie spojrzał na dwójkę przyjaciół.
- Nie będziemy tu czekać, aż oni je otworzą - wyszeptał, ledwo otwierając usta. - Chodźmy poszukać reszty.
Hermiona z Nevillem pokiwali twierdząco głowami i starając się nie robić hałasu, cała trójka ruszyła szybko przed siebie, aż do drzwi od kolistej sali. Byli w połowie drogi, kiedy drzwi wyleciały z futryny. Gryfoni w ostatnim momencie schowali się pod biurka, bo już po chwili zobaczyli skrawki szat zbliżających się śmierciożerców.
- Mogli uciec do holu - powiedział jeden z nich, co drugi potwierdził pomrukiem. - Ale lepiej sprawdź pod biurkami.
Harry z przerażeniem zobaczył, jak kolana śmierciożercy się uginają. Wystawił koniec różdżki spod mebla, aby lepiej wymierzyć i krzyknął:
- DRĘTWOTA!
Czerwony strumień zaklęcia trafił w swój cel, odrzucając mężczyznę na zegar. Drugi z towarzyszy wycelował swoją różdżkę w Hermionę, która starała się wygramolić spod biurka, gotowy do rzucenia śmiertelnego zaklęcia. Nie zdążył, bo Harry rzucił się podłogę i powalił go, chwytając za nogę. Morderczy promień zmienił kierunek, chybiając celu. Chwilę siłowali się na posadzce do czasu, aż Neville nie wypalił, przewracając przy okazji biurko:
- EXPELLIARMUS!
Różdżki obu walczących wyleciały im z rąk i poszybowały w stronę
sali przepowiedni. Harry zerwał się na równe nogi i zaczął biec w tamtą
stronę ze śmierciożercą depczącym mu po stopach. Już miał złapać swoją
broń, gdy zamaskowana osoba powaliła go ponownie na ziemię i ominęła,
łapiąc różdżkę w paskudne dłonie. Wybraniec przeturlał się na bok, bo
mężczyzna odwrócił się w jego stronę, celując końcem przedmiotu w jego
pierś.
- DRĘT...
- DRĘTWOTA! - krzyknęła Hermiona, dobiegając do nich. Jej zaklęcie odrzuciło mężczyznę, który poleciał na kryształowy klosz.
- Szybko! - wydyszał Harry, podrywając się na równe nogi i łapiąc swoją różdżkę.
Ponownie podjęli się ucieczki, gdy z sąsiedniej komnaty dobiegł ich stłumiony krzyk, a potem jęk i huk. Usłyszeli jeszcze tupot stóp, ale nie przejmowali się tym, gdyż zaczęli pędzić w stronę otwartych drzwi...
... z których nagle wybiegła dwójka kolejnych śmierciożerców. Harry pociągnął swoich towarzyszy w bok, natrafiając na drzwi do ciemnego i zagraconego gabinetu. Po raz setny tego dnia zatrzasnął za sobą wrota, a Hermiona wskazała na nie różdżką z zamiarem wypowiedzenia zaklęcia zamykającego, lecz drzwi się otworzyły, a do środka wpadli widziani przedtem śmierciożercy.
- IMPEDIMENTO! - wrzasnęli równocześnie.
Zaklęcie zwaliło Harry'ego, Hermionę i Neville'a z nóg, a ten ostatni przeleciał przez jakieś biurko i za nim zniknął. Hermiona uderzyła w regał z książkami, przez co została obsypana lawiną grubych tomów, a Harry walnął potylicą o twardą posadzkę.
- MAMY GO! - wrzasnął śmierciożerca stojący najbliżej Wybrańca, który był lekko oszołomiony uderzeniem. - JEST W GABINECIE...!
- Silencio! - krzyknęła Hermiona, wydostając się spod książek i trafiając w krzyczącego mężczyznę, któremu od razu głos zamarł w krtani.
- Petrificus Totalus! - zawołał Harry, powalając drugiego poplecznika Voldemorta.
- Brawo, Har...! - zaczęła Hermiona, ale w drugiej sekundzie trafił
ją fioletowy promień, który wystrzelił z różdżki oniemiałego
śmierciożercy i zwaliła się ciężko na ziemię.
- HERMIONO! - wrzasnął Harry, padając przy niej na ziemi.
W tym samym momencie za biurka wypełzł Neville z wyciągniętą przed
siebie różdżką. Zamaskowany mężczyzna obrócił się i sprawnym kopniakiem
trafił go w twarz, przez co gryfon poturlał się pod biurko, trzymając
za nos i usta. Harry nie zwlekając dłużej, rzucił kolejne zaklęcie:
- Petrificus Totalus!
Zaskoczony takim obrotem spraw śmierciożerca runął sztywno na swojego kolegę. Harry odłożył różdżkę i zaczął potrząsać ramionami Hermiony, krzycząc jej imię.
- Dzo jej jesz? - zapytał Neville, wypełzając spod biurka i przystając przy dziewczynie.
- Nie wiem - wyszeptał wybraniec, a następnie podniósł się i wyjrzał z gabinetu. - Musimy się pośpieszyć i znaleźć resztę.
- Ja beźmę Helmionę... dy jesdeś lebszy b balce... - wyseplenił Longbottom, wstając i chwytając jedną rękę dziewczyny. Harry zawahał się chwilę, lecz po chwili złapał za drugą i pomógł koledze zarzucić bezwładne ciało na plecy.
- Weź to. - Szmaragdowooki wcisnął różdżkę gryfonki w jego dłoń. - Lepiej to miej przy sobie.
Oboje powlekli się do wyjścia z gabinetu, ostatni raz sprawdzając drogę. Po stwierdzeniu, że jest wolna, ruszyli do otwartego przejścia prowadzącego do pomieszczenia z ciemnymi ścianami. Kiedy przekroczyli próg, a Harry zatrzasnął po raz enty drzwi, ściany zaczęły się obracać i obracać coraz szybciej, aż w końcu wszystko ustało.
- Jak myślisz, które to? - zapytał Neville'a, ocierając ze swojego czoła strużkę krwi.
Chłopak nie zdążył mu odpowiedzieć, bo po ich prawej stronie otworzyły się drzwi i do środka wparowała zaginiona trójka.
- Ron! - wykrzyknął Harry na widok swojego przyjaciela i zaczął biec ku niemu.
- Harry! - wysapał Ron, chichocąc i słaniając się na nogach. Złapał kolegę za szatę i wpatrywał się w niego oszołomionym wzrokiem. - Widzieliśmy ha ha... z bliska Urana! ha ha Kumasz? ha ha
- Ginny - powiedział gryfon, spoglądając na rudowłosą. - Co się stało?
Weasley pokręciła tylko głową, a następnie zjechała po ścianie na podłogę, dysząc i trzymając się za kostkę.
- Chyba ma pęknięta kostkę - odezwała się Luna, która wygląda na całą i zdrową. - Słyszałam, jak coś chrupnęło.
- Ale co się stało? - dopytywał, trzymając dalej chichrającego się Rona za ramiona.
Luna streściła krótko to, co się z nimi działo od momentu, kiedy się rozdzielili. Opowiedziała o goniących ich śmierciożercach, o walce z nimi i o tym, jak użyła zaklęcia, aby cisnąć Plutona prosto w twarz jednego z nich. A także o tym, jak Ron czymś oberwał i coś dziwnego zaczęło się z nim dziać.
- Harry, wiesz kto to jest? - zapytał rudowłosy, zaśmiewając się dalej. - To Pomyluna...
- Chodźmy stąd - powiedział Harry, zarzucając sobie rękę Rona na ramiona i poprawiając uchwyt dłoni na różdżkę.
Luna objęła Ginny w pasie, a następnie pomogła jej wstać. Zielonooki pociągnął przyjaciela do pierwszych lepszych drzwi w momencie, gdy po przeciwległej stronie otworzyły się inne, a do środka wparowała Bellatriks z trójką śmierciożerców.
- Są tutaj! - wrzasnęła.
Zaklęcia poszybowały w ich stronę, więc Harry popchnął drzwi i bezceremonialnie wepchnął tam przyjaciela. Następnie wrócił, aby pomóc Neville'owi z Hermioną. W ostatniej chwili wszyscy zdążyli przejść przez próg i zatrzasnąć za sobą drzwi tuż przed śmierciożerczynią.
- Colloportus! - zawołał, a zamek szczęknął i zamknął się na wszystkie spusty.
Okazało się, że była to ta sala z ogromnym kamiennym łukiem, który
już mijali. Postrzępiona zasłona dalej lekko falowała, a za nią
rozlegały się ciche szepty, których najwidoczniej nikt nie słyszał
oprócz jego i Luny. Krukonka pomogła koleżance usiąść, a następnie
skinęła głową do Chłopca, który Przeżył i ruszyła biegiem w stronę
drzwi po drugiej stronie komnaty.
Harry podszedł do rudowłosej i wraz z kuśtykająca dziewczyną zaczął
powoli schodzić po rzędach kamiennych ławek. Kiedy był już prawie na
samym dole, usłyszał rozpaczliwy krzyk Luny. Spojrzał w górę i
zobaczył, że blondynka przelatuje kilka metrów powietrzu, a przez drzwi, które właśnie zamykała, wpadają śmierciożercy. Lovegood
przeturlała się po schodach z siedlisk, uderzyła w kamienne podium z
łukiem i znieruchomiała.
- Potter, twój wyścig dobiegł końca - wycedził Lucjusz, ściągając swoją maskę. - A teraz, jak grzeczny chłopczyk, oddaj mi przepowiednię.
- Najpierw pozwólcie innym odejść...
- Koniec z targami - powiedział Malfoy przez zaciśnięte zęby. - Jesteś sam, a nas jest dziesięciu. Nie masz szans, Potter, więc oddaj to proroctwo...
- Nie jez sam! - zawołał Neville, stając niedaleko gryfona, a
różdżka Hermiony dygotała w jego dłoni. Po chwili zaczął wskazywać na
zamaskowane postacie, wykrzykując zaklęcie: - DRĘDWODA!
Rozległy się śmiechy, a jeden z najwyższych śmierciożerców chwycił
chłopaka od tyłu, unieruchamiając mu ręce. Gryfon zaczął się wiercić i
wyrywać, ale nic mu to nie dało.
- Czyżby to był Longbottom? - zapytała Bellatriks z mściwym uśmiechem. - Miałam przyjemność poznać twoich rodziców...
- Wjem, ze bialasz! - krzyknął, miotając się jeszcze gwałtowniej, przez co mężczyzna miał trudności z jego utrzymaniem.
- A może sprawdzimy, ile mały Longbottom wytrzyma, nim złamie się jak jego rodzice? - powiedziała kobieta z podnieceniem, a następnie wskazała na niego różdżką. - Chyba, że Potter odda nam przepowiednię...
- Nje lóp tego! Nie dabaj im jej! - ryknął Neville, rozpaczliwie wyrywając się z uścisku.
- Crucio! - warknęła Bella, a gryfon zawył, podciągając nogi pod piersi. Śmierciożerca natychmiast go puścił, a chłopak upadł na posadzkę, zwijając się z bólu.
- To na dobry początek - rzekła śmierciożerczyni i spojrzała na
Pottera. - To jak? Oddasz nam przepowiednię, czy będziesz patrzeć jak
dalej torturuję Longbottoma?
Harry miał już coś odpowiedzieć, ale nagle, wysoko nad nim, z trzaskiem otwarło się dwoje kolejnych drzwi i do środka wpadło pięć nowych osób: Syriusz, Lupin, Moody, Tonks i Kingsley.
Malfoy obrócił się i uniósł różdżkę, ale Tonks zdążyła posłać w jego stronę zaklęcie oszałamiające. Śmierciożercy ze zdziwieniem wpatrywali się w członków Zakonu, którzy ich atakowali, zeskakując z kamiennych ław. Harry cofnął się, omijając czerwony promień i rozejrzał się w poszukiwaniu Neville'a. Dojrzał go czołgającego się kilka stóp dalej od niego, więc sam rzucił się na ziemię, aby do niego dotrzeć.
- Nic ci nie jest? - krzyknął w jego stronę, ściskając swoją różdżkę.
- Nidz!
Harry poczuł, jak czyjaś ręka zaciska się na jego ramieniu, a w następnej chwili został postawiony do pionu. Różdżka trzymającego go śmierciożercy wbiła się w jego krtań.
- Oddaj przepowiednię - warknął mu do ucha ochrypły głos.
Nagle znikąd pojawił się Syriusz, który jednym zaklęciem rozbroił przeciwnika. Mrugnął do chrześniaka, a następnie powalił na ziemię Macnaira, który ośmielił się tknąć Harry'ego i pociągnął chłopca za podium.
- A teraz masz się stąd wy... - krzyknął Łapa, a chwilę później zgiął głowę Harry'ego w dół, gdy kilka zaklęć ogłuszających poleciało w ich stronę.
Kilka sekund później poderwali się na równe nogi i odskoczyli. Syriusz zaczął wymieniać się zaklęciami z Dołohowem, a Harry rozejrzał się po walczących. Wrócił spojrzeniem do ojca chrzestnego i wskazał różdżką na jego przeciwnika, krzycząc:
- Petrificus Totalus!
Ręce i nogi śmierciożercy zwarły się ze sobą, a sam mężczyzna gruchnął mocno o ziemię.
- Dobra robota, Harry! - Syriusz się do niego uśmiechnął, a następnie oboje odskoczyli od siebie.
Strumień zielonego zaklęcia prawie musnął Blacka. Wybraniec rozejrzał się wokół siebie i w połowie zagłębienia ujrzał upadającą Tonks, która zaczęła staczać się ze stopnia na stopień. Bellatriks wydała z siebie zwycięski krzyk, a następnie z triumfalnym uśmiechem ruszyła ku walczącym.
- Harry, trzymaj przepowiednię, łap Neville'a i zmywajcie się stąd! - krzyknął Łapa, biegnąc na spotkanie ze swoją kuzynką.
Harry nie zobaczył niczego więcej, bo widok zasłonił mu Kingsley walczący z Rookwoodem. Rzucił się w stronę Neville'a w momencie, gdy nad jego głową przeleciał zielony promień.
- Wstawaj - mruknął i pomógł Neville'owi zarzucić rękę na swoje ramiona.
Chwilę siłował się z chłopakiem, zanim zdołał go podnieść. Kuśtykając, ruszyli w stronę reszty osób, z którymi tutaj przybyli.
I nagle ból przeszył jego czoło tak, że upadł, ciągnąc za sobą gryfona. Skulił się na posadzce, przykładając dłonie do blizny, oślepiony cierpieniem. Wiedział i czuł obecność Voldemorta niedaleko siebie. Kiedy ból lekko ustąpił, spojrzał na scenę rozgrywająca się tuż przed jego oczami.
Voldemort walczył z Dumbledorem, który zastąpił mu drogę do
Harry'ego, nie pozwalając mu dorwać przepowiedni. Gdzieś za nimi
Kingsley powalał kolejnego śmierciożercę, a Syriusz dalej wymieniał się
zaklęciami z Bellatriks obok kamiennego łuku. I wtedy to zobaczył.
Czas jakby zwolnił, gdy z różdżki Bellatriks wystrzelił zielony
promień, lecący w stronę Syriusza. Słyszał swój krzyk w uszach, gdy
podrywał się na równe nogi. Zaczął biec w stronę chrzestnego i w
ostatniej chwili rzucił się na niego, powalając na ziemię, a mordecze
zaklęcie przeleciało tuż nad nimi. Wstał i z gniewem w szmaragdowych
oczach odwrócił się w stronę Bellatriks, ciskając w nią gromy.
- Nigdy. Nie. Dam. Ci. Skrzywdzić. Syriusza! - warknął Harry, a wokół niego pojawiła się silna i wyjątkowa złota aura, która oplotła go ze wszystkich stron. Chłopiec wyciągnął przed siebie ręce, jakby wiedział co robić, a sekundę później z jego dłoni wyleciał złoty promień, który ugodził śmierciożerczynię w pierś i z dużą siłą odrzucił do tyłu.
Kiedy aura wokół niego znikła, zamrugał jakby nigdy nic i podbiegł do oniemiałego Syriusza, który zdążył już wstać. Przytulił się do niego z całej siły, drżąc na całym ciele.
- Tak się bałem... - wyszeptał, przyciskając się do niego mocniej. - Że Cię stracę... na zawsze...
- Już wszystko dobrze, Harry - powiedział pocieszająco Łapa, gładząc chrześniaka po rozczochranych włosach. - Już wszystko gra...
- Nie mogłem pozwolić Ci umrzeć...
Dopiero po tych słowach zdał sobie sprawę, że wokół niego panowała dziwna cisza. Oderwał się od koszuli Syriusza i rozejrzał po sali, widząc, że reszta uporała się ze śmierciożercami. Nie widział jednak nigdzie Dumbledore'a...
- On tutaj był! - Ktoś krzyknął z pomieszczenia za otwartymi drzwiami. Harry puścił do końca Łapę i rzucił się po schodach na górę, aby zobaczyć co się dzieje. - Widziałem go, panie ministrze, przysięgam, że to był Sam-Wiesz-Kto!
- Wiem, Williamson, ja też go widziałem! - wymamrotał osłupiały Knot. - Na Merlina! Sam-Wiesz-Kto... tu... w Ministerstwie Magii... Jak to możliwe?
- Korneliuszu, pozwól, że Ci to wszystko wyjaśnię - rzekł Dumbledore, wychodząc na środek sali. Dopiero teraz tłum czarownic i czarodziejów go zobaczył. Niektórzy z nich podnieśli różdżki, inni zaś dalej stali osłupieni. - Jeśli udasz się do Sali Śmierci, zobaczysz kilku zbiegłych śmierciożerców, skrępowanych zaklęciem antydeportacyjnym i czekających na twoje decyzje, co z nimi zrobić.
- Dumbledore... - wysapał zdumiony do reszty Knot. - Ty... tutaj... ja...
Minister Magii nieprzytomnym spojrzeniem zaczął rozglądać się po sali, jakby kogoś szukał, gotowy do wydania rozkazu. Jednak kolejne słowa Albusa, przyciągnęli jego uwagę.
- Korneliuszu, mogę stoczyć bitwę z twoimi ludźmi i znów zwyciężyć - powiedział spokojnie Dumbledore. - Ale przed chwilą sam widziałeś, że przez cały rok mówiłem prawdę. Na własne oczy widziałeś Lorda Voldemorta żywego i czas, abyś nabrał rozumu. On powrócił!
- Ja... - zaciął się Knot, patrząc to na dyrektora, to na Fontannę Magicznego Bractwa. - Dawlish! Williamson! Idźcie do Departamentu Tajemnic i zobaczcie... Dumbledore... musisz mi wszystko powiedzieć... co tu się wydarzyło? - jęknął, spoglądając na podłogę, gdzie walało się pełno szczątków kamiennych posągów.
- Wszystko ci wyjaśnię, lecz pozwól mi odesłać Harry'ego i jego przyjaciół do Hogwartu.
- Harry... Harry Potter?
Dumbledore zignorował Knota i odwrócił się do stojącego w drzwiach Harry'ego i Syriusza. Skinął im głową, a gryfon poczuł jak Łapa przyciska go do siebie.
- Harry, na nas pora - wyszeptał w jego włosy, a następnie poczochrał go po nich.
Zielonooki odwrócił się do niego przodem. Spojrzał na uśmiechniętą twarz chrzestnego i sam resztkami sił wykrzesał z siebie lekki grymas. Wszyscy przeżyli, lekko poobijani, ranni, ale przeżyli. Ostatnie co poczuł to silne ramiona wokół siebie, a następnie otoczyła go ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz