czwartek, 28 sierpnia 2025

Rozdział [3]

Utracona przepowiednia

Ciemność minęła praktycznie od razu, kiedy tylko Syriusz z Harrym pojawili się w miejscu docelowym swojej podróży. Zielonooki zamrugał kilka razy ze zdziwieniem, kiedy zorientował się, że znajdują się w holu Kwatery Głównej Zakonu. Spodziewał się raczej zobaczyć bramy Hogwartu niż ten znany z wakacji dom.

Z zaskoczonym wyrazem twarzy odwrócił się i spojrzał pytająco na Łapę, ale mężczyzna jedynie uśmiechnął się, wzruszył ramionami i ruszył długim korytarzem. Po chwili zniknął po jednej stronie przedpokoju, więc chłopiec, nie chcąc stać jak ostatni idiota na środku holu, nie miał innego wyjścia niż pomaszerować za nim.

Pomieszczenie, do którego trafił, okazało się być niczym innym jak jadalnią, w której w wakacje mieli okazję zajadać się przepysznymi potrawami pani Weasley. Teraz przy długim drewnianym stole siedziały dwie osoby, które zdążył bardzo polubić.

- Harry, kochaneczku! - Na jego widok Molly poderwała się natychmiast ze swojego miejsca i podbiegła do chłopca, miażdżąc go w matczynym uścisku. - Jak dobrze, że nic Ci się nie stało! To było takie lekkomyślne z waszej strony! Na dodatek...

- Pani Weasley... - wyszeptał chłopak, z trudem łapiąc kolejne partie powietrza do płuc.

- Molly, proszę... przestań dusić mojego chrześniaka... - Głos Syriusza zabrzmiał poważnie, ale trwało to tylko kilka sekund. Już po chwili Harry'ego dobiegł zduszony śmiech. - Dumbledore nie byłby zadowolony z faktu, że udusiłaś jego "pupilka".

- Przepraszam... - mruknęła kobieta, uwalniając gryfona ze swojego uścisku. - Ale tak strasznie się zamartwiałam, kiedy usłyszałam, że wy... wy... - wydusiła z siebie z wielkim trudem, a jej głos posiadał w sobie nutkę histerii. Przysiadła na krześle obok swojego męża, który pocieszająco uścisnął jej dłoń. - To było takie nieodpowiedzialne z waszej strony! Mogło się Wam coś stać!

Czarnowłosy nie wiedział, co odpowiedzieć na te słowa. Dopiero teraz do końca dotarło, że gdyby coś się stało reszcie jego grupy, to on byłby temu wszystkiemu winien. Tak bardzo chciał ratować Syriusza, że nie słuchał obaw i rozsądnych słów swoich przyjaciół. Nie chciał nawet przyjąć do świadomości, że być może jest to właśnie pułapka, którą zastawił Voldemort. Głupio zaryzykował życie pozostałych, myśląc, że to, co widział, jest prawdą...

Ale czuł, że nie była to cała układanka, a czegoś w niej brakowało. Mianowicie istniał jeszcze jeden malutki szczegół, który nie pasował do całości i dopiero teraz Harry to dostrzegł w pełni. Stworek...

- Zaraz powinni tutaj być...

Głos Syriusza przebił się do myśli Harry'ego, momentalnie wyrywając go z jego przemyśleń. Zamrugał parę razy ze zdziwieniem w chwili, kiedy zorientował się, że siedzi na wolnym miejscu przy stole. Zerkając na swojego chrzestnego, natrafił na jego łagodne spojrzenie i wyłapał delikatny uśmiech, błądzący na ustach mężczyzny.

- Napiłbyś się czegoś, Harry? - zapytał, odpychając się od ściany, o którą opierał się nonszalancko. Ruszył w stronę wyjścia z jadalni, ale zatrzymał się w progu, aby spojrzeć na nastolatka.

- Jasne - odpowiedział z roztargnieniem zapytany i w tej samej chwili usłyszał trzask dobiegający z korytarza. - Chyba ktoś przybył...

Pani Weasley poderwała się na równe nogi i pobiegła w stronę hałasu. Pozostali w pomieszczeniu spojrzeli na siebie i chwilę później ruszyli za nią. W przedpokoju znajdował się Szalonooki, trzymający za ramię chichrającego się z nie wiadomo czego Rona. Niedaleko nich stała Luna Lovegood, która uśmiechnęła się na widok Harry'ego.

- Ron, kochanie! - Molly porwała swojego syna w objęcia, mocno go przytulając. Po chwili jednak odsunęła się od niego, aby go dokładnie obejrzeć ze wszystkich stron. Upewniwszy się, że nic mu nie jest fizycznie, lekko się uspokoiła.

- Mamo! haha Widziałem z bliska Urana! hahaha - Rudzielec z niemałym trudem wypowiedział słowa i nie przestając się śmiać, wbił rozbiegany wzrok w rodzicielkę.

- Co mu się stało, Alastorze? - Kobieta zwróciła się do aurora, dostrzegając dziwne zachowanie chłopaka.

- Nie mamy pewności, Molly - odpowiedział Moody, wzruszając ramionami. - Z Remusem próbowaliśmy różnych zaklęć, ale żadne z nich nie zadziałało i jego stan się nie zmieniał. Dlatego tak długo zajęło nam przybycie tutaj. - Skinął głową w stronę Artura i Syriusza, a następnie mrucząc coś pod nosem, ruszył do jadalni, postukując swoją drewnianą nogą.

- Och, Ronaldzie... - szepnęła Molly, a następnie z pomocą męża zaprowadziła syna do pomieszczenia obok.

W holu pozostała już tylko trójka osób. Luna podeszła do Harry'ego i zaczęła coś do niego mówić, na co chłopak cicho jej odpowiadał. Syriusz nonszalancko oparty o ścianę, zerkał co jakiś czas na nastolatków. Wyraźnie na kogoś czekał, jednak nikt nie wiedział na kogo konkretnie.

Dopiero po dłuższym momencie powietrze wokół nich zafalowało i rozległ się trzask, oznajmiający przybycie kolejnych gości. Tonks z Ginny zmaterializowały się tak nagle i niespodziewanie, że zajęta rozmową dwójka podskoczyła z zaskoczenia. Niecałe pół sekundy po nich pojawił się Remus z Hermioną, która, już przytomna, podbiegła do Harry'ego i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Żyjesz! - Gryfon mocno przytulił swoją przyjaciółkę, a następnie odsunął ją na odległość ramienia, aby jej się przyjrzeć. - I nie wyglądasz najgorzej.

- Ty również, Harry! - Granger posłała mu szeroki uśmiech, a następnie przywitała się z Luną, która od czasu przybycia innych milczała. - To była najbardziej zwariowana akcja w moim życiu, ale wiesz co? Myślę, że było warto! W końcu nie zawsze ma się okazję walczyć w Ministerstwie Magii!

- No... nie wiem, czy na pewno aż tak warto - parsknął cicho Harry i spojrzał w stronę drzwi, w których zniknęli Weasleyowie. - Nie wszyscy mieli tak dużo szczęścia jak my - dopowiedział, mając na myśli przyjaciela. - Dodatkowo strasznie zaryzykowaliśmy i gdyby nie Zakon... mogliśmy zginąć tam wszyscy...

- Harry, nie obwiniaj się! - Hermiona zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś. - Wszyscy dobrze znaliśmy ryzyko związane z tą wyprawą, a jednak poszliśmy tam z Tobą, bo wiedzieliśmy, że nic nam nie będzie. Jesteśmy co prawda trochę pokiereszowani, ale to nie była twoja wina, Harry. A co do Rona... - Gryfonka postukała palcem o swoją dolną wargę, próbując się skupić. Jeszcze niedawno była nieprzytomna, a już jej mózg pracował na najwyższych obrotach, co zadziwiało Harry'ego. W końcu dziewczyna posłała im szeroki uśmiech, co oznaczało, że na coś wpadła. - Myślę, że pani Pomfrey będzie znać sposób, aby go wyleczyć. Ciekawe, czy już ją wezwali... Pójdę zapytać! - Pomachała czarnowłosemu i blondynce, a następnie zniknęła w pomieszczeniu obok.

- Czy ona zawsze wszystko wie i znajduje sposób na każdy problem? - zapytała Luna, zerkając w stronę, gdzie zniknęła dziewczyna.

- Hermiona już taka jest - odpowiedział Wybraniec i wskazał głową na przejście. - Nie ma sensu dalej tutaj czekać. Dołączmy do nich.

Lovegood skinęła głową i ruszyła za chłopakiem do jadalni, gdzie zgromadzili się już prawie wszyscy. Brakowało jedynie Neville'a i Kingsleya, ale z tego co mówił Remus podobno mieli w ogóle nie pojawić się w Kwaterze Głównej Zakonu. Z gryfonem spotkają się dopiero w Hogwarcie, a do tego czasu miał nadzieję, że dowiedzą się czegoś więcej.

- Albus będzie tutaj za kilka minut. - Głos Remusa zabrzmiał ponownie w pomieszczeniu. - Kiedy go ostatni raz widziałem, rozmawiał z Knotem. Podejrzewam, że minister będzie chciał wiedzieć wszystko, co się wydarzyło, a do tego będzie przy tym uszczypliwy i irytujący.

- Przecież przez cały rok utrzymywał, że Voldemort nie powrócił, a dyrektor jest szaleństwem. Dostał dowód, że profesor Dumbledore mówił prawdę - wtrącił Harry, przypominając sobie o tych wszystkich informacjach w proroku codziennym i siadając obok swojej przyjaciółki.

- I musiał wam dzisiaj uwierzyć - zachichotała Hermiona, klepiąc wybrańca po plecach. - Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jaki to musiał być dla niego wstrząs - wyszczerzyła się do gryfona, a następnie zerknęła na wchodzącą do pomieszczenia Molly. - I jak, pani Weasley?

- Pani Pomfrey niedługo przybędzie. - Kobieta przeszła przez jadalnię i przystanęła za krzesłem, gdzie siedział jej syn. - Dziękuję Ci za podsunięte tej świetnej myśli, Hermiono.

- To nic wielkiego, pani Weasley... - odpowiedziała gryfonka, oblewając się rumieńcem. - To była moja pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy. A wszyscy dobrze wiemy, że pani Pomfrey jest najlepsza w swoim fachu.

- Zgadzam się z Mioną - poparł ją Harry. On jako jeden z nielicznych był doskonale tego świadomy. Co roku kilka razy lądował w skrzydle szpitalnym, gdzie pielęgniarka się nim zajmowała i wypuszczała jak nowego. Ale większość wypadków nie była przecież z jego winy... - Nigdy mnie nie zawiodła, kiedy wymagała tego moja sytuacja.

- I jestem jej za to wdzięczny. - Syriusz pojawił się koło chrześniaka, podsuwając mu kubek parującej herbaty. Posłał mu szeroki uśmiech, który został odwzajemniony przez chłopca, a następnie zajął miejsce obok niego. - Harry, to co się dzisiaj wydarzyło...

- Syriuszu, ja... - zaczął czarnowłosy, ale zamilkł, nie wiedząc co powiedzieć. - Przepraszam...

- To było bardzo nierozważne zachowanie z waszej strony, a szczególnie z twojej. Wiesz przecież, że Czarny Pan chce cię zabić, więc musisz na siebie uważać, Harry... - Syriusz spojrzał na niego karcącym wzrokiem, ale po chwili mrugnął do niego. Pochylił się do chrześniaka tak, aby tylko on go usłyszał. - Ale... twój ojciec byłby z Ciebie dumny. A ja... dziękuję, że mnie uratowałeś.

Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem. Wiedział doskonale, że Łapa prawie wszystkie sprawy traktuje niepoważnie, ale jednak ta sytuacja była zupełnie inna. Przez jego własną głupotę wszyscy mogli zginąć w Departamencie Tajemnic, bo nie przyjmował do wiadomości tego, że może to być głupia gra ze strony Czarnego Pana, polegająca na zwabieniu go właśnie w to miejsce. Jedna myśl jednak nie dawała mu spokoju. Czy gdyby lepiej wykonywał polecenia Snape'a i oczyszczał umysł przed zaśnięciem, to wszystko miałoby miejsce? Czy może nic z tego by się nie wydarzyło?

Te lekcje były bardziej karą niż nauką, pomyślał na wspomnienie zajęć oklumencji z profesorem Snapem. Potrząsnął niezauważalnie głową, spoglądając na swojego chrzestnego. Mężczyzna nie wydawał się być na niego z tego powodu zły, a w jego głosie pobrzmiewała duma. Ciekawe czy byłoby tak samo, gdyby komuś stało się coś poważniejszego...

Gryfon skinął głową, a następnie rozejrzał się po pozostałych. Luna z Ginny omawiały coś przyciszonymi głosami, Remus pochłonięty był rozmową z Alastorem, zaś pani Weasley siedziała obok męża i co chwilę sprawdzała stan Rona. Od czasu do czasu zerkała także na zegar, z niecierpliwością oczekując przybycia szkolnej pielęgniarki. Hermiona zajmowała krzesło po drugiej stronie rudzielca i coś cicho do niego mówiła. Tak cicho, że Harry nie słyszał jej słów ze swojego miejsca.

Odgłos aportacji w przedpokoju oderwał wszystkich od ich zajęć i sprawił, że każdy automatycznie spojrzał na wejście do jadalni. Już po paru sekundach do pomieszczenia wszedł nikt inny jak Albus Dumbledore we własnej osobie, który uśmiechnął się z pobłażaniem do obecnych.

- Wybaczcie mi moje spóźnienie, lecz zatrzymali mnie w Ministerstwie Magii - rzucił, będąc jeszcze na progu, a następnie przemierzył szybkim krokiem pokój i zasiadł na jednym z wolnych krzeseł. - Pani Poppy zaraz tutaj będzie - skierował swoje następne słowa do wstającej z siedzenia pani Weasley.

- Herbatki, Albusie? - Kobieta spojrzała z wdzięcznością na dyrektora, zatrzymując się za krzesłem syna.

- Z chęcią, Molly. - Mężczyzna posłał jej uśmiech, a kiedy pani Weasley zniknęła, kierując się zapewne do zejścia do kuchni, spojrzał z uwagą na pozostałych. Jego wzrok spoczął dłużej na Wybrańcu, który przełknął nerwowo gulę w swoim gardle. - Harry, chciałbym widzieć cię później w swoim gabinecie. Musimy porozmawiać.

- Dobrze, panie profesorze. - Chłopak skinął głową i wymienił szybkie spojrzenie z Hermioną, która odwróciła się do niego w tej samej chwili. Obydwoje dobrze wiedzieli, że coś jest na rzeczy, ale szansę na obgadanie tego będą mieli zdecydowanie później. Gryfon wiedział, że postąpił bezmyślnie i głupio, jednak miał cichą nadzieję, że oberwie się tylko jemu, a jego przyjaciele nie będą ponosić z jego winy większej kary.

Nikt więcej nie zdążył się odezwać, gdyż w kominku zapłonął szmaragdowy płomień, oznajmiający przybycie kolejnej osoby. Pani Pomfrey wyskoczyła z niego, trzymając w lewej dłoni swoją niezawodną lekarską torbę, którą zawsze wyciągała w kryzysowych sytuacjach. Skinęła głową na przywitanie wszystkim obecnym w pomieszczeniu, po czym rozejrzała się po twarzach zgromadzonych.

- Gdzie jest mój pacjent? - zapytała, podchodząc do siedzących przy stole.

- Dziękuję, Poppy, że przybyłaś tak szybko. - Pani Weasley akurat weszła do jadalni, a za nią lewitowała taca z przygotowanymi kubkami herbaty. Jedną z nich postawiła przed dyrektorem, a drugą podsunęła swojemu mężowi, zaś tacę umieściła na środku stołu, pokazując innym, by się częstowali. W końcu wyprostowała się i podeszła do syna, kładąc mu dłonie na ramionach. - Nikt nie wie, jakim zaklęciem oberwał Ron podczas walki, więc ciężko nam go wyleczyć z tego stanu.

- Nie martw się, Molly. - Poppy uśmiechnęła się, po czym wskazała skinięciem głowy na wyjście z pomieszczenia. - Zaraz rzucimy kilka zaklęć diagnozujących, które pomogą nam ustalić jego stan, a później go wyleczymy. Myślę, że dobrze by było przenieść się do innego pokoju.

- Masz rację. - Rudowłosa kobieta skinęła głową, po czym z pomocą Artura wyprowadziła chichrającego się rudzielca z jadalni.

Przy stole zapanowała cisza, przerywana trzaskającym ogniem w kominku czy stukotem odkładanych kubków na stół. Prawie wszyscy starali się przetrawić wydarzenia dnia dzisiejszego, który nie mógł zakwalifikować się do miana bardzo przyjemnego. Dopiero po kilku minutach ciche kaszlnięcie dobiegło z miejsca, gdzie siedział profesor Dumbledore.

- Pani Pomfrey zajmie się waszym przyjacielem. - Albus przemówił, spoglądając zza swoich okularów połówek na pozostałą dwójkę z trójcy Gryffindoru. - Kiedy Ron już do nas wróci, za pomocą sieci fiuu dostaniemy się wszyscy do Hogwartu, gdzie będziemy mogli odpocząć po dzisiejszym dniu.

- Dobrze, panie profesorze. - Zgodnym chórkiem odezwało się grono osób, które chodziło jeszcze do Hogwartu. Reszta oczekiwania na Rona minęła w lepszym nastroju niż wcześniej. Dumbledore zabawiał wszystkich śmiesznymi historyjkami ze swojego życia nauczyciela i dyrektora, opowiadając im o tym, jakie rzeczy widział w Hogwarcie. Dowiedzieli się między innymi o dziewczynie, która wracając z wakacji na rok szkolny wrzuciła przypadkiem swoją torbę do szkolnego jeziora, chociaż nikt nie wie, co ona przy nim robiła.

- I wiecie, moi drodzy, jak to jest... - Dumbledore żywo gestykulował, opowiadając im kolejną historię, kiedy drzwi nagle się otworzyły, a w nich stanął rudzielec, na którego wszyscy czekali.

- Ron! - Harry i Hermiona równocześnie krzyknęli i poderwali się ze swoich miejsc. Dziewczyna jako pierwsza dopadła do rudzielca i rzuciła się mu na szyję.

- Nic mi nie jest, nic mi nie jest! - odpowiedział im rudzielec, puszczając gryfonkę dopiero po dłuższej chwili. Podszedł do przyjaciela i przytulił go lekko. - Ale wiecie... tam był taki wielki Uran haha - powiedział, momentalnie przybierając głupi wyraz twarzy.

Hermiona i Harry spojrzeli na siebie z przerażeniem, dzieląc ze sobą jedną myśl: Czy ten stan powrócił? Jednak po chwili usłyszeli głośny śmiech gryfona.

- Gdybyście tylko widzieli swoje miny! - krzyknął, zanosząc się niepohamowanym śmiechem. - O Merlinie, ja nie mogę! Byliście tacy... - powiedział, a następnie spróbował naśladować ich miny, jednak mu to za bardzo nie wyszło i już po chwili wszyscy rechotali w najlepsze.

- Ron! - krzyknęła oburzona Hermiona, jednak nie mogła powstrzymać swojego chichotu. - Jak mogłeś nas tak wystraszyć!

Ich krótką rozmowę przerwało ciche chrząknięcie, co przypomniało im różową landrynę.

- Wybaczcie mi, że przerywam wam tę radosną chwilę, ale myślę, że pora wracać do szkoły. - Dumbledore odezwał się cicho, acz ze stanowczością w głosie. Dopił swoją herbatę do końca, a następnie uśmiechnął się do pani Weasley. - Dziękuję, Molly, za ugoszczenie, ale chyba rozumiesz, że musimy już wracać.

- Tak, tak, Albusie - odezwała się kobieta, a następnie podeszła do całej trójki, którą wyściskała. - Proszę Was... bądźcie już grzeczni i nie naróbcie sobie więcej problemów. Zwłaszcza ty, Ronaldzie - zwróciła się do swojego syna, udzielając mu krótkiej reprymendy.

Dyrektor Hogwartu pozwolił wszystkim się pożegnać, a następnie podszedł do kominka, biorąc w dłoń garść proszku Fiuu. Spojrzał na swoich uczniów z nieodgadnioną miną, a następnie wydał instrukcję, dzięki której każdy miał wylądować bezpiecznie w Hogwarcie.

Kiedy nadeszła kolej Harry'ego, chłopak odwrócił się do ojca chrzestnego i uniósł kąciki ust w słabym uśmiechu. Skinął głową, a następnie wrzucił proszek w ogień i wchodząc w zielone promienie, wypowiedział miejsce docelowe.

***

Gabinet Dyrektora Hogwartu wyglądał dokładnie tak, jak Harry zapamiętał go z czasów, kiedy był tutaj po raz pierwszy. Te same portrety byłych dyrektorów wisiały na ścianach, te same stoły, na których znajdowały się przeróżne urządzenia, których funkcji chłopak nie znał, bo go to nie interesowało. I to samo drewniane biurku, które stało w centrum pomieszczenia, pozwalając dyrektorom pracować w murach szkoły. Za nim zielonooki dostrzegł Tiarę Przydziału, stojącą w stanie spoczynku na półce.

Na całe szczęście pomieszczenie posiadało swoją własną magię, dzięki której Umbridge nie położyła swoich szpon na tym miejscu. Gryfon uśmiechnął się na samo wspomnienie tego wydarzenia, kiedy różowa wiedźma próbowała dostać się do pomieszczenia za wszelką cenę, ale jej chęci szybko zostały pogrzebane.

Harry podszedł do pustej żerdzi Fawkesa, który mignął mu chyba w Ministerstwie Magii. A może było to tylko złudzenie i tak naprawdę Fawkes znajdował się gdzieś indziej. Tego Harry nie wiedział i nawet nie miał siły się nad tym porządnie zastanowić. Był wykończony całą nocą, którą spędził razem z innymi w budynku urzędowym, do którego ich zaciągnął.

Ponad horyzontem widać już było całkiem jasny pasek porannego nieba, oznajmiający wszystkim wokół, że powoli nastawał nowy dzień. Na szczęście Harry miał za sobą wszystkie SUM-y, więc nie musiał przejmować się dzisiejszą dobą i po rozmowie z Dumbledorem zamierzał udać się na należyty odpoczynek. Potrzebował snu i to dużej ilości, aby móc się w pełni zregenerować. Miał nadzieję, że jego przyjaciele nie czekają na niego, bo jedynie, o czym teraz marzył, to wygodne łóżko w jego dormitorium.

Nie musiał długo czekać, bo już po chwili w gabinecie zmaterializował się profesor Dumbledore. Uśmiechnął się lekko znad swoich okularów połówek, po czym ominął gryfona i podszedł do żerdzi feniksa. Z ostrożnością odłożył coś, co wyglądało jak kupka nieszczęścia. Chłopak z lekką ciekawością podszedł bliżej czarodzieja, przyglądając się nieopierzonemu feniksowi, który tak bardzo różnił się od tego w pełni dorosłego.

- Feniks to bardzo interesujące stworzenie, gdyż spala się co jakiś  czas. Czasem sam, a czasem w ochronie swojego czarodzieja, ale zawsze odradza się z własnych popiołów. Wierzę, że ten akt pokazuje nam, czarodziejom, że niektóre trudności sprawią, że upadniemy na kolana, ale będziemy w stanie podnieść się silniejsi - powiedział Dumbledore, przerywając tym samym ciszę, panującą w pomieszczeniu. Odwrócił się ze zmęczonym uśmiechem do chłopca, który spojrzał na niego lekko zaskoczony. - Dzisiejszy dzień dużo mi uświadomił. Usiądź, mój drogi chłopcze, bo czeka nas dłuższa rozmowa.

Zielonooki skinął głową i zajął wskazane przez dyrektora miejsce. Jeszcze chwilę obserwował poczynania mężczyzny, a następnie cicho odchrząknął.

- Co pan ma na myśli, panie profesorze? - odezwał się słabszym głosem niż zamierzał.

- To ty pokazałeś mi, staremu głupcowi, że niektóre rzeczy lepiej wyznać już na samym początku niż ukrywać je w imię lepszego dobra. - Głos dyrektora brzmiał smutno i przepraszająco. Nikt nie wiedział do czego zmierza ta rozmowa oprócz samego rozmówcy, który wypowiadał słowa powoli i z przemyśleniem. - Muszę Ci jednak zarówno podziękować, jak i bardzo przeprosić, mając nadzieję, że wybaczysz mi bycie skończonym głupcem. Przepraszam, że naraziłem życie Syriusza. - Dumbledore spuścił wzrok na swoje dłonie, spoczywające przed nim na biurku.

- Ale... - Harry zamilkł, nie wiedząc jak ubrać w słowa swoje myśli. - To raczej moja wina, profesorze. To ja nie przyłożyłem się do lekcji oklumencji oraz to ja zabrałem resztę do Ministerstwa Magii... Chciałem tylko ratować Syriusza... jedyną ważną osobę z mojej rodziny...

- Harry... Nie wszystko białe jest dobre, a nie wszystko czarne jest złe. - Dumbledore dotknął pocieszająco dłoni chłopca, po czym przeciągle westchnął. Wiedział, że brutalna prawda jest lepsza od kłamstwa. - Bałem się. Okropnie się bałem, że Lord Voldemort będzie próbował Tobą zawładnąć, a często podejmował próby, kiedy przebywałem z Tobą w pomieszczeniu. Twoja blizna od dawna była symbolem wiążącej was więzi, a ty mogłeś poczuć silne emocje Lorda Voldemorta lub samo to, że jest on w pobliżu Ciebie. Zaś tamtego dnia, kiedy widziałeś napaść na pana Weasleya... wtedy musiałeś wniknąć na tyle głęboko w jego umysł, że on to wyczuł. Dlatego poprosiłem profesora Snape'a, aby nauczył cię zamykać swój umysł. Aby nauczył cię oklumencji.

Mężczyzna wstał ze swojego miejsca, gładząc swoją brodę z uspokajającym gestem. Rozmyślał, jak przekazać swojemu uczniowi to, czego nie powiedział mu podczas pierwszego roku nauki, kiedy zadał mu dotyczącego tego pytanie. "Dlaczego Voldemort chce zabić właśnie mnie?" Wtedy sądził, że ukrycie faktu przepowiedni będzie lepszym pomysłem zwłaszcza, że Harry dopiero zapoznawał się ze wszystkimi aspektami bycia czarodziejem, a już napotkał na swojej drodze kogoś, kto próbował go zabić.

- Widzisz Harry, prawda jest dużo skomplikowana niż mogłeś się tego kiedykolwiek spodziewać. - Wzrok Dumbledore'a spoczął znad połówek okularów na sylwetce gryfona. - Krótko przed twoim narodzeniem została wygłoszona przepowiednia, mówiąca o chłopcu, który będzie zdolny pokonać Czarnego Pana.

- Przepowiednia, która się rozbiła? - zapytał Harry, a na potwierdzenie jego słów otrzymał lekkie skinięcie.

- To co się rozbiło, było wyłącznie kopią tej przepowiedni. Szesnaście lat temu udałem się do gospody pod Świńskim Łbem, aby spotkać się z kandydatem na stanowisko nauczyciela wróżbiarstwa. - Dumbledore wydał ciche westchnięcie. - W tamtym okresie nie byłem zbyt chętny, aby nauczać tego przedmiotu w Hogwarcie, ale z powodu pokrewieństwa ze sławną wieszczką, postanowiłem się z nią spotkać. Z samej uprzejmości, bo nie spodziewałem się zbyt dużo i się nie myliłem. Na początku... - Dumbledore podszedł do przedmiotu, który Harry kojarzył. Była to myślodsiewnia. - Podziękowałem kandydatce za rozmowę i już miałem wychodzić, kiedy atmosfera w gospodzie się zmieniła. Osoba, której powiedziałem, że się nie nadaje na to stanowisko... cóż, wygłosiła słowa stanowiące przepowiednię o Wybawcy Świata Czarodziejów.

Dyrektor przyłożył różdżkę do swojej skroni, a już po chwili końcem różdżki wyciągnął srebrnoszarą nić, przypominającą gaz. Przeniósł ją delikatnie nad myślodsiewnię, a następnie leciutko strząsnął. Dźgnął końcem różdżki srebrzystą substancję, z której wyłoniła się postać spowita w znajome szaty oraz wielkie oczy, ukryte za powiększającymi je grubymi okularami. Harry od razu był w stanie rozpoznać postać.

"Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...
Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli. A narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna...
I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje...
Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca."

Mglista postać, będąca zjawą Sybilli Trelawney zniknęła, pozostawiając gabinet w całkowitej ciszy. Jeszcze przez chwilę ochrypły głos kobiety dźwięczał w uszach gryfona.

- Czy to znaczy, że... co to znaczy, profesorze? - odezwał się niepewnie, przełykając gulę w gardle.

- To znaczy, że według przepowiedni jedyna osoba, która miała posiadać szansę pokonać Lorda Voldemorta na dobre, miała urodzić się pod koniec lipca. Dokładnie szesnaście lat temu, a chłopiec miał zrodzić się z pary, która trzykrotnie oparła się Voldemortowi. - Dumbledore wyciągnął cytrynowego dropsy, wyciągając opakowanie w stronę ucznia. Ten jednak odmówił gestem głowy.

- Czyli od samego początku... chodziło o mnie?

- Nie do końca, gdyż w tamtym roku pod koniec lipca urodziło się dwoje chłopców. Oboje mieli rodziców, należących do Zakonu Feniksa, którzy oparli się Czarnemu Panu aż trzy razy. Przepowiednia mogła dotyczyć Ciebie, Harry... albo Neville'a Longbottoma.

- Ale... pod przepowiednią było zapisane moje imię. Co, jeśli przepowiednia dotyczyła Neville'a? - zapytał Harry, nie mogąc do końca pojąć, jaki to wszystko miało sens. Dlaczego przez całe życie to właśnie on był uważany za Chłopca, Który Przeżył by móc pokonać Voldemorta.

- Twoje imię zostało dopisane po tym, jak Lord Voldemort zaatakował Dolinę Godryka w Halloween. Strażnik Sali Przepowiedni uznał, że Czarny Pan zaatakował właśnie ciebie, bo wiedział, że przepowiednia dotyczy ciebie. - Podniósł rękę, uciszając chłopca, który chciał się wtrącić. - Obawiam się, że przepowiednia mówi o Tobie, a nie o Neville'u, gdyż to właśnie ciebie Voldemort naznaczył jako równego sobie, a błyskawica na twoim czole wyraźnie o tym mówi.

 - Ale dalej nie rozumiem, dlaczego ja?

- Tego nie możemy być do końca pewni, jednak podejrzewam, że Voldemort kierował się swoimi własnymi przekonaniami. Zamiast czystokrwistego chłopca, wybrał Ciebie, bo możliwe, że ujrzał w Tobie samego siebie. Osobę, która mogła stanowić większe niebezpieczeństwo dla niego niż ktokolwiek inny.

- Nie łatwiej było poczekać, aż dorośniemy? Mógłby się upewnić, który chłopiec jest większym zagrożeniem dla niego.

- Widzisz, Harry, Lord Voldemort nie znał całej przepowiedni. Już na początku wygłaszania przepowiedni w gospodzie pod Świńskim Łbem, która nie słynie z samych porządnych gości, udało się wypatrzeć szpiega i wyrzucić go w porę, aby Czarny Pan nie poznał całej treści. Dlatego też nie wiedział, że atakując ciebie, naznaczy cię jako osobę zdolną do pokonania go i dając ci cząstkę swojej mocy. Wiedząc to wszystko, jeszcze raz cię przepraszam. Od samego początku powinienem być z Tobą szczery, bo gdybyś o tym wiedział już dawno - jakieś 5 lat temu w skrzydle szpitalnym - nie poddałbyś się tak łatwo manipulacją Voldemorta. 

- I nie ruszyłbym do Departamentu Tajemnic... - dopowiedział Harry, wpatrując się w swoje dłonie. Próbował pojąć wszystko, co zostało mu przekazane tej nocy. - A ta moc, której Czarny Pan nie zna? Ja nie posiadam żadnej mocy, której on nie ma...

- Ta moc, Harry, jest ukryta w twoim sercu. To właśnie ona sprawiła, że pobiegłeś bez myślenia ratować Syriusza i to dzięki niej odnalazłeś w sobie siłę, aby uratować go przed śmiercią. To ona nie pozwoliła Voldemortowi w pełni cię opętać w Ministerstwie Magii. To nie oklumencja cię ochroniła, a twoje serce wypełnione miłością, której on nie cierpi.

Harry przytaknął zmieszany i zbyt wykończony, aby chcieć wracać myślami do dzisiejszych zmagań z Voldemortem. Po raz kolejny uszedł cało ze starcia z jego nemezisem, a co najważniejsze nikomu nie stało się nic poważniejszego. Rany się zagoją, psychika będzie potrzebowała trochę czasu, aby poradzić sobie z całą sytuacją, ale wszystko w końcu wróci do normy.

- A ostatnie słowa, mówiące, że "I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje"... czy to znaczy, że jeden z nas będzie musiał zabić drugiego? - zadał ostatnie pytanie, które go w tej chwili nurtowało.

- Zgadza się, mój chłopcze. - Dumbledore wrzucił do ust kolejnego dropsa, a następnie uśmiechnął się pocieszająco. - A i jeszcze jedno. Jeśli się zastanawiałeś, dlaczego to Ron został prefektem domu zamiast Ciebie... Stwierdziłem, że i tak masz już za dużo na swoich barkach, więc postanowiłem nie dokładać Ci już nic więcej. A teraz idź, Harry i odpocznij w dormitorium.

Harry pożegnał się z Dumbledorem, dostrzegając samotną łzę, spływającą wzdłuż twarzy dyrektora i niknącą w jego brodzie. Pozbawiony swojej dotychczasowej energii opuścił gabinet dyrektora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz